środa, 30 grudnia 2020

Moje święta kiedyś i dziś

Witajcie!

No i mamy koniec grudnia. Planowałam, że pojawią się tutaj posty typowo świąteczne, grudniowe a był raptem jeden. Nie jestem z tego zadowolona, chciałabym pisać więcej i ciągle mam postanowienie poprawy. Jednak czasem życie i obowiązki biorą górę. Przede mną nowa rola mamy i co za tym idzie jestem aktualnie pochłonięta przygotowaniami, a też zawsze chcę żeby to co się tutaj pojawia było dopracowane. Nie chcę wrzucać postów tylko po to żeby były. Chcę żeby one niosły ze sobą jakąś wartość, a żeby tak było wymagają one poświęcenia większej ilości czasu. Pozostaje więc wybór - lepsze, a rzadziej czy średnie, a częściej - chyba wybieram tą pierwszą opcję. 

Wpis o tym jak wyglądały moje święta kiedyś i dziś miał się pojawić przed świętami, ale nadal mamy okres okołoświąteczny, przed nami Sylwester i Nowy Rok, więc można sobie podsumować ten czas świąt teraz.

W końcu lepiej zrobić coś późno niż wcale ;)


Jak wyglądały święta w moim rodzinnym domu?


Kiedy byłam dzieckiem Wigilia to był zawsze specjalny czas. Spędzaliśmy Wigilię w rodzinnym gronie, do naszego domu przyjeżdżały ciocie z mężami i moim kuzynostwem, bo był to też ich rodzinny dom. Było tak dopóki żyła babcia i dziadek. Te święta wspominam najlepiej, mimo że nie obyło się zawsze bez narzekania mojej mamy, że musi przygotowywać potrawy dla wszystkich. 
I wiecie co? Zawsze narzekała, że jest za dużo ludzi, że wszyscy zjeżdżają się do niej, ale była wtedy w tych świętach atmosfera i magia. A w tym roku moi rodzice spędzali Wigilię we dwójkę - ja jestem jedynaczką i poszliśmy z mężem na kompromis, dwie poprzednie Wigilie spędzaliśmy z moimi rodzicami, więc teraz przyszła  kolej na rodziców Krzyśka. Ciocie też spędzały każda w swoim gronie najbliższych, wszystko się trochę z czasem rozjeżdża plus dodatkowo wirus nie sprzyja takim spotkaniom. 

Ze świętami z dzieciństwa kojarzy mi się:

- śnieg, bo było go zawsze wtedy pod dostatkiem. 

- barszcz czerwony z uszkami - moja ulubiona wigilijna potrawa, okazuje się że nie jest to pewnik, bo u teściowej je się barszcz grzybowy, jakkolwiek dziwnie to brzmi :D Jest to coś na kształt zupy grzybowej z uszkami, jednak do końca nie jest to zupa grzybowa, nie znam receptury ;)

- wspólne śpiewanie kolęd przy stole - od tej tradycji już też się odeszło

- wybieranie najlepszej kreacji na wieczór, zawsze był to dla mnie specjalny dzień i spędzałam dużo czasu na przygotowaniach żeby jak najlepiej zaprezentować się przed rodziną

- próbowanie wszystkiego i zasiadanie do kolacji już z pełnym brzuchem, jako dziecko miałam zawsze problem żeby oprzeć się tym wszystkim pysznościom 

- czosnek - oprócz dzielenia się opłatkiem w moim domu rodzinnym przed rozpoczęciem jedzenia każdy bierze kawałek czosnku, ma to zapewnić zdrowie na nadchodzący rok, u was też tak jest?

- sianko pod obrusem - zawsze musiało być i miało specjalne znaczenie, bo babcia i dziadek całe życie zajmowali się się gospodarstwem, z tego żyli i to sianko było specjalne, nie tak jak teraz kupione w sklepie w plastikowym woreczku, o ile ktoś jeszcze o tym pamięta, ale było prosto ze stodoły

dzielenie się opłatkiem - jako że byłam bardzo nieśmiała jako dziecko to nienawidziłam tego momentu. Trzeba było składać życzenia wujkom i ciociom, wywoływało to zawsze u mnie stres. Raz koleżanka poradziła mi żebym wyszła na ten moment do toalety, stwierdziłam że to super pomysł i tak 
też zrobiłam, jednak wujek, który ma bzika na punkcie dobrego wychowania mój powrót skwitował krótkim "Ooo Sabinka wróciła, nie podzieliłaś się z nami opłatkiem". Nie muszę chyba mówić jak mi było głupio i nie uniknęłam dzielenia się opłatkiem ;) 

- oglądanie koncertów kolęd w telewizji, czekając na przyjazd rodziny 

- kolędnicy chodzący od domu do domu, śpiewający kolędy i mówiący wiersze. W tym roku nikt nie przyszedł... Pewnie to kwestia wirusa i strachu rodziców, brakowało mi trochę tego klimatu

Były to magiczne chwile. Zapewne każdy z nas ma piękne wspomnienia ze świąt z dzieciństwa i tak powinno być. Teraz nasza w tym głowa żeby naszym dzieciom zapewnić również dobre wspomnienia, może nie uda się odwzorować tych naszych, bo świat się zmienił, ale inne nie znaczy zawsze gorsze. Moje tegoroczne święta dalekie były od tych wymarzonych, ale się nie załamuję. Męża dopadła choroba, nie mogliśmy pojechać do rodziny, spędziliśmy je w domu. Mam nadzieję, że odbiję to sobie za rok, kiedy będzie już z nami nasza córeczka. To będą na pewno inne, lepsze święta. Takiej myśli się trzymam. 


Jakie tradycje świąteczne wprowadzam u siebie? 


Pierwszą rzeczą jest ubieranie choinki. Postanowiłam, że w moim domu nastrój świąteczny będzie trwał dłużej i ubieram ją już 6 grudnia. To taki fajny dzień, dobrze mi się kojarzy, bo jako dziecko dostawałam zawsze prezent "od Mikołaja". To był jedyny czas w roku kiedy dostawałam taki prawdziwy, wyczekany prezent. Dlatego w tym roku choinka u mnie stanęła właśnie w dniu Świętego Mikołaja i nie będzie stała do lutego. Myślę, że rozbiorę ją wcześniej. Wolę cieszyć się nią w oczekiwaniu na święta, niż trzymać ją tak długo po świętach. A wy kiedy rozbieracie choinkę? 






Swoją pierwszą własną choinkę ubrałam w kolorach złota i czerwieni, są też elementy drewniane. Wszystkie ozdoby choinkowe są z Pepco i Leroy Merlin - efekt mi się bardzo podoba. Ogromnie cieszy mnie ta choinka. 
Oprócz choinki są też inne ozdoby. Nie lubię przepychu i dużej ilości ozdób, ale stroik na parapecie i delikatne dekoracje przy schodach są i tworzą świąteczny klimat w moim stylu.




















Pieczenie pierniczków - u mnie w domu nie piekło się pierników, mimo że teraz mam wrażenie że każdy to robi. Były ciasta, ale nigdy ciasteczka, dlatego u siebie wprowadziłam w tym roku tradycję pieczenia pierników. Nie obeszło się bez początkowej porażki, jednak druga partia wyszła już super. To mi tylko pokazało, że nie warto się zniechęcać i żeby się czegoś nauczyć czasem musi nie wyjść. Chciałabym żeby okres przedświąteczny w moim domu kojarzył się z zapachem pierników, to moje ulubione ciastka i będę się starała piec je co roku ;)











Brak presji. Zauważyłam, że dla niektórych święta to musi być ogrom jedzenia, stanie przy garach od rana do nocy, a później nawet nie ma jak tego wszystkiego zjeść. Jestem za racjonalnym podejściem. To ma być czas przyjemny, oczywiście upieczmy ciasto, żeby mieć co pysznego zjeść podczas świątecznego relaksu, ale czy musi to być od razu kilka sztuk? Zróbmy barszcz, bo to symbol świąt, pierogów ulepmy taką ilość żeby dać radę je zjeść albo po prostu kupmy gotowe, jeśli nie mamy siły na lepienie. To nic złego ułatwiać sobie życie. Jeśli chodzimy do pracy i nie mamy czasu lub po prostu nie lubimy stać przy garach to kupienie tych kilku potraw to moim zdaniem nic złego. Niech każdy robi jak uważa, jednak jestem przeciwniczką presji, robienia na siłę i narzekania. Niech to będzie spokojny, przyjemny czas odpoczynku i bycia razem. Uginający się stół nie powinien być tutaj priorytetem, a w naszej kulturze mam wrażenie, że trochę tak jest. Ja na święta upiekłam tylko pierniczki i 3 bita, dostaliśmy też mnóstwo ciast od mam, więc stół i tak się uginał. Podzielenie obowiązków też jest dobrym sposobem.

Świąteczne filmy - u mnie w rodzinnym domu nie było wspólnego oglądania filmów, a takich o tematyce świątecznej to już w ogóle, dlatego obejrzałam z mężem w tym roku "O północy w magnolii" chcąc się wprowadzić w świąteczny nastrój. Może nie był to film najwyższych lotów, jednak liczy się ten czas razem. No i jest to jednak przyjemne dla oka, nawet jeśli fabuła jest mdła to śnieg, dekoracje, wystrojeni ludzie i ich perypetie dziejące się w okresie Bożego Narodzenia są jakieś takie miłe i chce zawsze obejrzeć chociaż jeden świąteczny film z najbliższymi, aktualnie z mężem, a w przyszłych latach dołączy mam nadzieję do tej tradycji nasza córeczka i kiedyś będzie miała dzięki temu miłe wspomnienia. 






Święta już za nami. Te trzy dni minęły bardzo szybko, odnoszę wrażenie, że więcej radości sprawiało mi to oczekiwanie niż same święta, zwłaszcza że dopadła nas choroba i musieliśmy zmienić plany. Mimo wszystko to były pierwsze święta w nowym, własnym domu - pierwsza wspólna choinka, pierwsze święta z naszym psem, pierwsze strojenie domu, pierwsze wypieki we własnej kuchni. Staram się patrzeć na to co pozytywne, wierzę że w ten sposób można przyciągnąć tego więcej. Mimo, że zabrakło trochę tej magii, jaką odczuwało się kiedyś to mimo wszystko nadal lubię ten specjalny czas celebrowania. 

Teraz przed nami Nowy Rok, co też napawa mnie ekscytacją. Kalendarz na 2021 rok już czeka, lista marzeń zrobiona i głowa pełna planów.

Napiszcie mi jak wyglądały wasze święta lub jak wspominacie te z dzieciństwa ;) 

Pozdrawiam Was serdecznie!


środa, 9 grudnia 2020

Kosmetyczni ulubieńcy roku

Witajcie!

Mamy już grudzień, muszę przyznać że cieszy mnie ten fakt, bo grudzień to magiczny miesiąc: czas kupowania prezentów, strojenia choinki, pieczenia pierniczków, spotkań z rodziną, kolędowania i refleksji nad mijającym rokiem. Jest to zawsze dla mnie szczególny okres i cieszę się, że już nastał. 




Jak widać u mnie w domu już zapanowała iście świąteczna atmosfera, ale wychodzę z założenia że kiedy cieszyć się tymi wszystkimi ozdobami jak nie teraz? 

Pomyślałam, że dużo ostatnio publikowałam postów takich życiowych, z moimi przemyśleniami na różne tematy. Lubię takie wpisy tworzyć i też czytać u innych, bo jestem typem dużo rozmyślającym, ale dla odmiany dziś post kosmetyczny. Babskie sprawy takie jak kosmetyki czy ubrania też są mi bliskie. Lubię dbać o siebie i czuć się dobrze ze sobą, to ważny element mojej codzienności, więc podzielę się z Wami moimi ulubionymi kosmetykami tego roku. Są to same perełki, rzeczy które najbardziej sprawdziły mi się w tym roku i do których chętnie będę wracać. Myślę, że takie wpisy to super źródło inspiracji, można podpatrzeć co sprawdziło się u innych i jest szansa, że będzie też dobre dla nas, więc zapraszam do przejrzenia moich ulubieńców roku w kategorii kosmetyki. 


Hydrolat lawendowy Lirene



Używałam go jakoś w pierwszej połowie roku i teraz znów do niego wróciłam. W międzyczasie używałam hydrolatów z Natural Me - aloesowego, z melisy oraz z kwiatu pomarańczy. Również fajnie mi się sprawdzały, jednak po dłuższym stosowaniu hydrolatu z kwiatu pomarańczy zauważyłam wysuszenie mojej cery, powróciłam więc do lawendowego i moja buzia odżyła. 

Hydrolat z lawendy działa antybakteryjnie, antysceptycznie, a także nawilżająco i kojąco. Do mojej cery, która łatwo się zapycha, a jednocześnie potrzebuje nawilżenia nadaje się świetnie i jest to zdecydowanie odkrycie tego roku. 

Nie próbowałam hydrolatów z lawendy innych marek, być może również dobrze by działały, na pewno w przyszłości je przetestuję, a póki co polecam Wam ten z Lirene. Jego plusem jest to, że jest dostępny w drogeriach Rossmann, ja ostatnio dorwałam go tam na promocji za 16 zł, więc cena była w porządku. 


Olej kokosowy Natur Planet 




Nierafinowany olej kokosowy tej marki trafił do mnie, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Jako że zawsze stawiam na naturalne rozwiązania, stwierdziłam że wykorzystam go w walce z rozstępami. Od tamtej pory go uwielbiam i stosuję na różne części ciała: brzuch, stopy, dłonie, skórki paznokci, dekolt, szyję. 

Olej ma cudowny zapach kokosa i to jest chyba jego największy plus, a świadomość że to naturalny, a nie sztuczny zapach jeszcze bardziej mnie przekonuje do tego produktu. 

Zapłaciłam za ten olej 26 zł i myślałam, że szybko się skończy, a o dziwo jest bardzo wydajny. 

Olej kokosowy odkryłam dopiero w tym roku i na pewno będę o tym kosmetyku pamiętać w przyszłości. 

Ma on wysokie stężenie kwasu laurynowego, przez co ma silne działanie antybakteryjne i przeciwgrzybicze, pomaga na przykład przy podrażnieniach. Poza tym zawiera witaminy z grupy B, C i E, kwas foliowy i wiele innych. Ma też działanie łagodzące i regenerujące, poprawia elastyczność skóry, chroni przed działaniem wolnych rodników. 

Jestem w 7 miesiącu ciąży i jak na razie nie zauważyłam ani jednego rozstępu, a stosuję tylko ten olej. Zobaczymy jak będzie dalej, wiem że też genetyka ma na to wpływ, ale myślę że odpowiednia pielęgnacja ma tutaj również niemałe znaczenie. 


Balsam do ciała Eveline Viva Organic



Polubiłam się w tym roku z tym balsamem do tego stopnia, że wypróbowałam trzy zapachy pod rząd i każdy z nich mi odpowiadał.  Jest on dostępny w Biedronce, wszystkie wersje ładnie pachną i fajnie nawilżają za niewielką cenę, więc czego chcieć więcej. 


Arganowy krem pod oczy Nacomi



Zużyłam już kilka opakowań tego kremu. Lubię eksperymentować z kremami pod oczy, bo to jedyne produkty do twarzy, które wiem że raczej nie zrobią mi krzywdy. Kremy do twarzy muszę wybierać bardziej ostrożnie.
Zawsze gdy jakiś skończę kupuję inny, ale potem wracam znów do arganowego z Nacomi. Ma świetny skład, jest bogaty, nawilżający, odżywczy - czego chcieć więcej. 

Jedyne co mogę mu zarzucić to czasem mam wrażenie, że jest ciężki - na przykład, gdy nakładam na niego korektor to czuję, że krem jeszcze się nie wchłonął, ale jakoś bardzo mi to nie przeszkadza. Korektor się na nim nie "ciastkuje", więc to najważniejsze. 

Na noc natomiast nie ma żadnych wad i dla mnie jest idealnym produktem. 


Krem arganowy na dzień 30+ Nacomi

 


Ten krem to moje niedawne odkrycie, ale zakochałam się w nim i wiem, że na pewno będzie mi towarzyszył w 2021 roku. To najlepszy krem na dzień jaki miałam do tej pory. 

Zawiera olej arganowy, który działa przeciwzmarszczkowo i ujędrniająco na skórę. Spłyca pierwsze zmarszczki - miałam suchą skórę na czole i zauważyłam pierwsze poziome linie, a ten krem pięknie nawilżył mi i odżywił skórę tak, że moje czoło wygląda o wiele lepiej. Ma w składzie też masło shea, olej kokosowy, witaminę E i D-penthanol - skład jest naturalny, co dla mnie w kosmetykach ma duże znaczenie. 


Maskara Maybelline Lash Sensational





Ten tusz do rzęs to ulubieniec nawet więcej niż tego roku. Testowałam różne maskary i zawsze miałam jakieś ale - za mała szczoteczka, za duża szczoteczka, tusz się osypywał lub nie widziałam efektu po pomalowaniu takiego jakiego bym oczekiwała. 

Rzęsy wytuszowane tą maskarą są ładnie podkreślone i wydłużone, przez cały dzień nic mi się nie odbija ani nie osypuje. Od kiedy trafiłam na ten produkt cały czas go używam i jestem bardzo zadowolona. 


Maska do włosów Kallos Banana

 


Jeśli chodzi o maski do włosów to staram się stosować do zasad równowagi PEH - używam na zmianę trzech masek: proteinowej, humektantowej i emolientowej. 

Jako emolient najlepiej służy mi właśnie Kallos bananowy. Mam włosy długie, rozjaśniane więc wymagają one pielęgnacji, nie wystarczy że umyję je szamponem. Po tej masce są one wyraźnie miększe, lepiej się rozczesują i ładnie pachną. Często robiłam tak, że nakładałam maskę Garnier Hair Food, spłukiwałam po 15 minutach i na dosłownie chwilę nakładałam tego Kallosa, aby zamknąć nim nawilżenie. Super mi się sprawdzał.

Zużyłam dwa opakowania pod rząd, a są one naprawdę spore. Dodatkowym dla mnie plusem jest cena, bo za 10 zł mamy litr maski, która starcza mi na jakieś pół roku. Gdy ją skończę kupię pewnie inną, bo już czas na zmiany, ale kiedyś pewnie do niej wrócę. 


Garnier Oczyszczająca Woda Micelarna 




Mimo że jestem fanką kosmetyków naturalnych to płyn micelarny używam ten.
Zmywam nim makijaż oczu i radzi sobie z tym najlepiej. Później zmywam nim też podkład i nie robi mi krzywdy, jak to bywało czasem z innymi płynami, po których wyskakiwały mi na twarzy krostki lub zaczerwienienia. Nie trzymam go na buzi długo, pewnie mniej niż minutę, bo od razu zmywam go żelem do twarzy z EcoLab, dlatego nie przejmuję się tak bardzo tym, że nie jest naturalny. Poza tym w porównaniu z innymi płynami micelarnymi jego skład i tak nie jest długi, więc chyba nie ma pod tym względem tragedii. 

Póki co nie zamierzam go zmieniać i będę używać go nadal w przyszłym roku. 


Antybakteryjny podkład nawilżający z selerem AA GO GREEN



Kupiłam ten podkład podczas promocji w Rossmanie w listopadzie i jest teraz moim ulubionym podkładem naturalnym z dobrym kryciem. 

Ma naturalny skład bez chemii - staram się nie nakładać na twarz drogeryjnych podkładów pełnych silikonów. Od kiedy przerzuciłam się na naturalne wersje widzę znaczną poprawę wyglądu mojej skóry. 

Atutem tego podkładu jest też kolor, ja mam wersję jasną i jest ona idealna dla bladych cer takich jak moja. Ma fajne opakowanie typu air-less, jest łatwo dostępny, bo można go kupić w Rossmannie, jest hipoalergiczny i niekomedogenny, na twarzy po przypudrowaniu wygląda ładnie, koloryt jest wyrównany i cera wygląda zdrowo. 

Na pewno jest wiele innych podkładów do kupienia w drogeriach, które na twarzy wyglądają jeszcze lepiej, ale dla mnie ważny jest też skład, a pod tym względem ten podkład na pewno wygrywa i gdy go skończę pewnie kupię kolejne opakowanie. 

Produkty do mycia twarzy EcoLab 




Uwielbiam produkty do mycia twarzy od EcoLab już od kilku lat. W tym roku testowałam kilka innych żeli i pianek, ale oddawałam je zawsze mężowi, bo żadna nie dorównywała tym od EcoLab.

Są bardzo delikatne, mają świetne składy, nie podrażniają, nie wysuszają, nie powodują u mnie wysypu, fajnie domywają pozostałości makijażu. 

Polecam Wam i żele i pianki od nich w różnych wersjach - miałam wersje nawilżającą żelu i pianki, odmładzającą jak i do cery problemowej - wszystkie dobrze mi się sprawdziły. Nie są to drogie kosmetyki, bo kosztują około 15 zł, a skład i działanie mają świetne.

Dla cer wrażliwych, które łatwo się wysuszają lub podrażniają są idealne. 


To moja złota dziesiątka kosmetyczna tego roku. Jak widać jeśli coś naprawdę mi się sprawdza to się tego raczej trzymam. Oczywiście lubię testować nowe produkty, ale zawsze wracam do moich ulubieńców. 

Znacie i lubicie któryś z polecanych przez mnie kosmetyków? Dajcie znać w komentarzach, z chęcią się dowiem :)

To pierwszy grudniowy post na moim blogu, ale planuję kolejne w świąteczno-grudniowym klimacie, na pewno niedługo się pojawią :) 

Pozdrawiam!  












Dziękuję, za wszystkie komentarze i obserwacje.
To dla mnie motywacja do dalszej pracy i rozwoju.
Odwiedzam wszystkie blogi, które zostawiły swój ślad.